Aktualnie żyjemy w czasach, w których na studia może iść właściwie każdy. Nie jest to zależne ani od umiejętności, ani od posiadanej wiedzy, ani nawet od zasobności portfela. Można by więc rzec, że świat stoi przed nami otworem, zaś jedynym ograniczeniem naszego rozwoju jesteśmy tylko my sami.

Jako pokolenie Millenialsów wychowywani jesteśmy w poczuciu, że ciężka praca to nasz obowiązek, a sukces jest jedynie kwestią czasu. Ambitnie (lub nie) podchodzimy więc do kwestii matury oraz wyboru kierunku studiów, mając przed oczami wizję ogromnych pieniędzy, domu z basenem i zagranicznych podróży. Oczywisty wydaje nam się fakt, że po studiach zdobędziemy dobrą pracę, która zagwarantuje nam nie tylko nieustanny rozwój, ale równocześnie regularne przychody, których wysokość rosnąć będzie wraz z naszymi oczekiwaniami. Będąc na etapie liceum, jesteśmy przekonani, że jedyną furtką, która pozwoli nam na realizację marzeń są studia, i chociaż jest to założenie bardzo poprawne oraz logiczne, to nie ma jednak nic wspólnego z rzeczywistością.

Samo „pójście” na studia to za mało by osiągnąć sukces, tak samo jak uzyskanie dyplomu, które nie gwarantuje pracy w zawodzie. Takie błędne myślenie powoduje, że po pierwszym semestrze spędzonym na nowej uczelni czujemy się totalnie zdezorientowani, zdemotywowani i rozczarowani.

Nie jestem ekspertem, który ma jakiś genialny przepis na sukces. Co więcej, nie potrafię nawet doradzić komuś w kwestii wyboru kierunku studiów. Z racji jednak, że te wszystkie decyzje mam już za sobą, chciałabym podzielić się w Wami moją historią. Być może zainspiruje Was do zmian, działania albo chociażby uniknięcia tych samych błędów, które popełniłam.

Zaczynajmy! 🙂

Etap: liceum

Krok pierwszy: matura to (nie) bzdura

Ostatnio złapałam się na tym, że od napisania przeze mnie matury minęło ponad pięć lat. To niesamowite, tym bardziej że dokładnie pamiętam przygotowania do egzaminów, stres przed wejściem do sali oraz radość i zaskoczenie po otrzymaniu wyników. Nieskromnie mogę powiedzieć, że maturę udało mi się napisać na wysokim poziomie. Nie był to jednak łut szczęścia, ale efekt miesięcy spędzonych na ciężkiej pracy i rozwiązywaniu setek testów. Jeszcze będąc w liceum, miałam poczucie, że jeśli tylko wzorowo zdam maturę, to nic nie stanie mi na przeszkodzie do wyboru dobrych studiów, a następnie zdobycia naprawdę porządnej pracy. Kiedy więc zobaczyłam satysfakcjonujące mnie procenty świadczące o moim małym sukcesie, byłam przekonana, że od tej pory wszystko pójdzie już z górki. Jak się jednak pewnie domyślacie, wcale tak się nie stało… Nie wiedziałam bowiem jeszcze, że matura to zaledwie rozgrzewka do dalszego biegu, a góra na którą się wdrapuję jest naprawdę ogromna!

Zapewne zastanawiacie się jak to jest: czy matura to rzeczywiście bzdura i niepotrzebny stres, czy jednak jest to prawdziwy egzamin dojrzałości i pierwszy krok w dorosłość. Osobiście myślę, że prawda leży gdzieś dokładnie pośrodku. Oczywiście, odpowiednie przygotowanie do matury jest niesamowicie istotne, ale to wcale nie od wyniku zależy to, jak potoczy się nasze dalsze życie. Kluczem do sukcesu jest raczej odpowiedni dobór kierunku, zgodny z tym, co gra nam w serduchu (nie zaś z tym co sugeruje nam rodzina i przyjaciele). Niesamowicie ważny (o ile nie najważniejszy) jest również pomysł na siebie, który niekoniecznie musi uwzględniać pójście na studia. Możliwości rozwoju jest wiele, a studia są tak naprawdę tylko jedną z dostępnych alternatyw…

Etap: wybór kierunku studiów

Krok drugi: rad słuchaj wybiórczo i podziel je przez dwa

Pamiętam, że tuż przed maturą miałam w głowie okropny mętlik. Pomimo wyboru przedmiotów, które chcę zdawać, kompletnie nie wiedziałam co dalej. Żyłam nadzieją, że prędzej czy później znajdę ten idealny i wymarzony kierunek, który sprawi, że świat stanie przede mną otworem. Nic w tym dziwnego, że tak się jednak nie stało. Szukając pomocy wśród rodziny i przyjaciół marzyłam o tym, by ktoś inny podjął za mnie tą “​superważną​” decyzję. Słuchając sugestii otoczenia wybrałam więc kierunek, będący sumą oczekiwań rodziców, mojej własnej ciekawości, odrobiny rozsądku, zainteresowań (w minimalnym stopniu) oraz ogromnej presji, że coś w końcu wybrać trzeba. Szkoda tylko, że kumulacja tych składowych okazała się być kompletnym niewypałem.

Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że zamiast kierować się własnymi przekonaniami i zainteresowaniami, postanowiłam posłuchać osób trzecich. Moja miłość do języka polskiego, literatury i kultury, została zrównana z ziemią stwierdzeniem, że “w to nie warto inwestować, a po kierunkach humanistycznych NIGDZIE nie znajdzie się pracy”. Odrzucając więc ten PODSTAWOWY aspekt, który powinien decydować o moim wyborze (czytaj: PASJA), samoistnie skazałam się na niepowodzenie. Do dziś, bardzo żałuję podjętej wówczas decyzji.

Zdanie osób bliskich jest istotne i ważne, nie powinno być jednak ostateczne i decydujące. To naturalne, że o tym co nas dotyczy w sposób bezpośredni, nie myślimy do końca obiektywnie. Zwykle kierujemy się emocjami i własnymi przekonaniami, które bardzo często są negowane i krytykowane przez otoczenie. Ważne jest odnalezienie w tym wszystkim balansu. Takiego złotego środka, który umożliwi podjęcie właściwej decyzji. Właściwej, czyli takiej, która będzie satysfakcjonująca przede wszystkim dla nas samych – nie zaś mamy, babci czy starszego brata.

Etap: jestem na studiach

Krok trzeci: wyjdź poza strefę komfortu

Kiedy więc znalazłam się na studiach będących dla mnie męczarnią, zaczęłam rozważać zmianę. Dokładnie w tym miejscu, popełniłam drugi karygodny błąd, jakim była ponowna konsultacja decyzji z rodziną i znajomymi. Oczywiste było to, że nikt nie poprze mojego pomysłu, argumentując to słowami: „stracisz rok i będziesz tego żałować”, „powinnaś skończyć to co zaczęłaś”, „to kompletnie bez sensu, przemęczysz się jeszcze kilka semestrów i będzie dobrze”, no i moje ulubione „a co jak zmienisz kierunek i będzie jeszcze gorzej?”.

Przerażona wizją tego, co może się wydarzyć postanowiłam zacisnąć zęby i dotrwać jakoś do końca. No i udało mi się to osiągnąć… resztkami sił i totalnym wypaleniem. Ostatni semestr studiów wspominam najgorzej ze wszystkich. Intensywny proces pisania pracy na temat, o którym nie miałam zielonego pojęcia wykończył mnie psychicznie. Trudne egzaminy, które uczelnia zafundowała nam na sam koniec sprawiły, że chciałam rzucić to wszystko w cholerę, a sam moment uzyskania tytułu inżyniera przyniósł mi jedynie poczucie ulgi i nic poza tym…

Moja rada jest więc prosta: jeśli czujesz, że coś Ci nie leży – zmień to! Opuść strefę komfortu, nawet jeśli inni będą mieli ci to za złe. Ważne jest, żeby walczyć o swoje i nie poddawać się presji otoczenia. Ja to zrobiłam i bardzo żałuję… Kto wie w jakim miejscu byłabym dzisiaj zawodowo, gdybym tylko studiowała coś, co mnie naprawdę kręci. Zamiast tego, noszę w sobie poczucie zmarnowanych ponad 3 lat, które poświęciłam na naukę kompletnie bezużytecznych rzeczy…

Etap: wszystko to, czego nie robiłam

Krok czwarty: studia to nie wszystko

Już na samym początku wspomniałam, że studia wcale nie są w życiu najważniejsze. Chociaż w dzisiejszych czasach posiadanie wykształcenia wyższego jest pewnego rodzaju standardem, to jednak nie decyduje to w żaden sposób o wartości człowieka, jego wiedzy… ani o wysokości zarobków. Mam wielu znajomych, którzy na studia nie poszli, a dziś zarabiają lepsze pieniądze ode mnie, robiąc to co kochają. Znam też i takich, którzy okres studiów wykorzystali na maxa i chociaż kierunek nie do końca im leżał, to wyciągnęli z niego tyle, ile tylko mogli. Zdarzają się również jednostki (w tym ja), które okres studiów (u mnie inżynierskich) zmarnowały użalając się nad własnym losem.

Dziś, przyznaję się bez bicia, że mogłam wiele rzeczy zrobić inaczej i lepiej. Zamiast znaleźć sobie jakieś rozwijające zajęcie, dzieliłam czas pomiędzy znienawidzoną uczelnię, życie prywatne oraz dorywczą pracę. Czas, który mogłam zainwestować w swój własny rozwój i naukę czegoś wartościowego (chociażby języków obcych), po prostu zmarnowałam. Przez 3,5 roku nie ruszyłam się z miejsca ani o milimetr, dlatego też ściskając w ręku dyplom ukończenia studiów, czułam ogromny żal do siebie samej. A to chyba nie tak powinno wyglądać…

Naprawdę, studia to nie wszystko. Są przecież praktyki i staże. Kursy, szkolenia, darmowe konferencje i spotkania. Blogi tematyczne i fachowe książki. Są również koła zainteresowań, grupy skupiające ludzi o podobnych zajawkach i poglądach oraz inne kierunki studiów, które mogą być o wiele lepsze niż twój aktualny. Do tego wszystkiego potrzeba jedynie chęci i odwagi. No i właśnie brak tych dwóch kluczowych czynników sprawił, że po prostu się poddałam​ ​i trwałam w zawieszeniu oczekując na koniec studiów…

Etap: studia studiami, ale to pasja jest najważniejsza

Krok piąty: znajdź pomysł na siebie

Doskonale wiem, że odkrywanie własnych pasji i zainteresowań to nie przysłowiowa bułka z masłem, ale raczej pasmo klęsk i porażek. Pamiętam, że przez bardzo długi czas (licząc od liceum aż do całkiem niedawna) nienawidziłam pytania: a ty co lubisz robić w wolnym czasie? Jakie masz hobby? Moja odpowiedź brzmiała zazwyczaj: yyy.. nie wiem. No lubię czytać książki, spacerować, oglądać filmy… Czyli tak naprawdę robić to, co robią wszyscy inni, kiedy mają chwilę wolnego.
Jak więc znaleźć coś, co będzie wyróżniać nas na tle innych osób?

Przede wszystkim próbować różnych rzeczy, łapać się wielu zajęć i szukać, szukać i jeszcze raz szukać. Najgorsze bowiem co możemy zrobić, to załamać ręce ze słowami: ja to się do niczego nie nadaję, no i usiąść na przysłowiowych czterech literach w oczekiwaniu na cud.

Ja swoją pasję odkryłam ponownie, zakładając bloga. Od dziecka uwielbiałam pisać wypracowania i eseje, traktując naukę języka polskiego i gramatyki, jak najważniejszą sprawę na świecie. Na studiach inżynierskich kompletnie o tym zapomniałam i dopiero w momencie kiedy stanęłam przed wyborem kierunku studiów magisterskich postanowiłam zrobić coś dla siebie. Poszłam więc na staż do agencji reklamowej, żeby zobaczyć o co w tym wszystkim chodzi, spędziłam mnóstwo czasu dokształcając się z zakresu marketingu internetowego, w końcu wykupiłam własną domenę, założyłam bloga i zaczęłam studiować reklamę. W pół roku ogarnęłam więcej rzeczy niż przez 7 semestrów na inżynierce. Dziś wiem co lubię robić, w czym chcę się rozwijać i jaki mam cel, do którego nieustannie dążę. Nareszcie czuję się szczęśliwa i spełniona. Mam wrażenie, że odnalazłam swoje miejsce.

Posiadanie pasji daje ogromną satysfakcję. Jeśli człowiek robi coś, co sprawia mu przyjemność, automatycznie wzrasta jego poczucie własnej wartości. Dzięki pasji tworzą się nowe znajomości oraz przyjaźnie, pojawiają się nowe perspektywy i możliwości. Człowiek zaczyna zmieniać swoje życie, realizując kolejne marzenia i wyznaczając sobie kolejne cele.

Etap: obecnie

Krok szósty: żyj po swojemu. Po prostu.

Bazując na własnym doświadczeniu, mogę powiedzieć tylko jedno: coś takiego jak opłacalne kierunki, pewna praca i zawód idealny – nie istnieją. Dopiero kierowanie się własną pasją i przekonaniami, jest przepisem na sukces. Robiąc coś, co kochamy, poświęcamy temu więcej uwagi i zaangażowania. Nie mamy poczucia zmarnowanego czasu, nawet jeśli pracujemy po 12 godzin na dobę. Realizując własne pasje staramy się bardziej i robimy więcej. To co w efekcie zyskujemy, jest o wiele ważniejsze niż pieniądze. Jest to przede wszystkim SATYSFAKCJA i POCZUCIE SPEŁNIENIA. Zarówno zawodowego jak i prywatnego. No i o to w tym wszystkim właśnie chodzi!

KATARZYNA POWĘZKA

 

PS. Z myślą o przedsiębiorczych osobach założyliśmy zamkniętą grupę na facebooku, na której jest już ponad 7000 osób z całej Polski. Służymy tam radą każdemu, kto chce rozwijać swój biznes i karierę – możesz dołączyć klikając tutaj: LINK DO GRUPY

Te artykuły mogą Cię zainteresować:

Poprzedni artykułWłasna restauracja – przepis na sukces czy bankructwo?
Następny artykułJak zarabiać na Allegro?
Jestem studentką Zarządzania Reklamą na Uniwersytecie Jagiellońskim. Małymi krokami wdrażam się w świat szeroko pojętego marketingu, który coraz bardziej mnie interesuje i z którym wiążę przyszłość. Moim marzeniem jeszcze z czasów dzieciństwa, było pisanie dla szerokiego grona odbiorców. Od lutego 2018 spełniam swoje marzenie, prowadząc bloga kompatybilnie.pl. Dla mnie to coś więcej, niż tylko kawałek własnego miejsca w sieci. To przestrzeń, w której mogę wyrażać własne zdanie i poglądy, nieraz bardzo krytycznie podchodząc do współczesnego świata. Prywatnie jestem fanką polskiej muzyki alternatywnej, włoskiej kuchni, skandynawskich kryminałów i miętowej herbaty, którą mogę pić litrami.

Dodaj komentarz

avatar